O zaufanych mechanikach

Czy masz swojego zaufanego mechanika? To pytanie zadają sobie często właściciele pojazdów, zwłaszcza tych starszych.

Polecają więc sobie wszyscy nawzajem - ten mechanik dobry, uczciwy, do tych nie chodź, bo cię oszukają. Najbiedniejsze są panie, te samotne, bo ciągle niestety są jeszcze takie, co jeżdżąc lat sporo, na temat auta wiedzą, gdzie przód, tył, kierownica i gdzie się wsadza kluczyk. Ale coraz więcej jest i takich, co i olej sprawdzą, wody doleją tam, gdzie trzeba, ale byle coś się zepsuje, pędzi się do mechanika i wtedy dopiero uciecha. Polecony mechanik tu wkręci śrubkę, gdzieś tam zajrzy, postuka, poklepie, po czym wystawi ci rachunek, a ty słaba kobieto płacisz i jeszcze się cieszysz, że znalazłaś dobrego mechanika Często się zdarza, choć nie zawsze, że za kilka tygodni okazuje się, że nie wiadomo, za co zapłaciłaś. Dobrze, jeżeli masz przyjaciela albo męża, który potrafi - i ma chęć - pogrzebać w twoim aucie. Ale sama? Jesteś skazana na łaskę i niełaskę. Panowie są w nieco lepszej sytuacji - bo jednak nie ma co ukrywać, że ich wiedza o samochodach jest dużo większa od wiedzy pań. Ale często słyszy się takie samochodowe historie, że się można uśmiać. Zanim wzięłam się do napisania niniejszego felietoniku - rozmawiałam z wieloma osobami na ten temat.

Jeden pan miał Forda, nowego na gaz, gaz wybuchł, mechanik zażądał 3.000 dolarów i to płatne z góry. Drugi pan dał samochód do naprawy, mechanik powiedział - kosztować będzie 200 dolarów, a przy odbiorze było 800 dolarów. Trzeci pan z kolei, który mniej więcej wiedział, na co jego auto choruje, uparł się i jeździł po wszystkich dużych i małych zakładach, wszędzie mierzyli komputerowo, liczyli, myśleli i w każdym zakładzie wychodziło inaczej, a rozpiętość cen była spora, począwszy od 150 dolarów a skończywszy na 550 (za tę samą usługę). Pan zapłacił 150 dolarów, ale powiedział, że to i tak było za dużo.

Jedna pani oddała swoją Toyotę do dużego zakładu i za dwa dni przyjechała po odbiór, trzymając w ręku czek na 200 dolarów, a tu niespodzianka - auta nie ma. Szukali, szukali, a pan mechanik ciągle pytał: - Czy jesteś pewna, że auta nie odebrałaś? Ale się trochę przestraszyli, bo pani była wściekła i dali jej takie samo auto, Toyotę. “Nie mój kolor” powiedziała pani, ale nie było wyjścia. Za trzy dni zakład zatelefonował do niej, że Toyotka się znalazła. - Ile płacę? zapytała pani. - Absolutnie nic - naprawa kosztowała 300 dolarów, ale naraziliśmy cię na stres, mogłaś się rozchorować przez nas, nie płacisz nic.

Czy lepsze są te duże renomowane zakłady, czy też lepiej się opłaca oddać swoje auto do małego prywatnego zakładu? Zdania są podzielone; większa część osób, z którymi rozmawiałam stwierdziła, że woli duże zakłady. Dostajesz tam rachunek i jest na tym rachunku wszystko wyszczególnione. - No, dobrze - zapytałam - ale jak ja, bezbronna kobieta, mogę to sprawdzić? Można pojechać do NRMA i oni sprawdzą, a jeżeli się coś nie zgadza, renomowany zakład może mieć wielkie przykrości.

- Ja tam mam swojego mechanika od 12 lat. On mi pogrzebie przy moim aucie, a ja mu za to coś zrobię przy jego telewizorze - powiedział jeden pan z Queanbeyan, zaufany naprawiacz telewizorów, video itd. Ty mnie a ja tobie i wszyscy są zadowoleni.

Sporo też jest panów, co ubóstwiają grzebać sami przy swoich pojazdach. Często spędzają całe soboty i niedziele przy aucie i pod autem, ku ogólnemu niezadowoleniu rodziny. - Nie ma zaufanych mechaników - powiedział jeszcze inny pan. Co mają robić właściciele Volvo, Volkswagenów, Peugeotów, Citroenów? Pewnie za każdą drobną część płacisz ogromne sumy, bo to towar importowany.

A ja osobiście twierdzę, proszę Czytelników, że są Panowie Zaufani Mechanicy. Znam kilku i jestem ich częstym klientem z moim gracikiem.

A więc Panowie Zaufani Mechanicy wychodźcie z ukrycia, ogłaszajcie się w Kronice Polonii.

Irena Ślaska-Bell